Pierwsze urodziny – dlaczego zaczęłam prowadzić blog i jak to jest pisać o dobrych manierach?

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym na blogu pojawił się pierwszy artykuł. Wiem, że dla wielu może się to wydawać dziwne, ale jestem pewna, że zrozumie mnie każdy bloger, który pewnego dnia zdecydował się na bycie ocenianym przez internautów. Był wieczór czternastego grudnia, a ja przez kilka godzin zastanawiałam się, czy poinformować świat o tym, że zdecydowałam się dzielić z nim moją wiedzą. Świat, czyli moich znajomych, bo to właśnie oni byli pierwszymi odbiorcami wtedy jeszcze blog o nazwie Get the life. 

Dobrego złe początki

Pomysł na blog narodził się z potrzeby radzenia sobie ze smutkiem. 28 listopada 2016 roku, na 16 dni przed narodzinami bloga, zostałam wyrzucona z pracy. Z dnia na dzień, bez żadnego uprzedzenia, bez żadnego powodu – po prostu podziękowano mi za pracę. Był to jeden z najtrudniejszych dni w moim życiu, bo utraty pracy nie mogłam się spodziewać –  dzień wcześniej poinformowano mnie o zadowoleniu ze świadczonych przeze mnie usług i… dano podwyżkę. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że na miesiąc przed świętami, zostałam bez stałego dochodu, a z pracy, której oddawałam serce, po prostu mnie wyrzucono.

Wiedziałam, że są ludzie w gorszej sytuacji ode mnie. Ja nie miałam dzieci, kredytów, a nawet psa, któremu musiałabym napełnić miskę. Oszczędności i wsparcie najbliższych było gwarancją fizycznego przeżycia, jednak w mojej głowie wybuchła wtedy bomba. Nie spałam, nie jadłam i nie mówiłam jak bardzo jestem załamana. W czasie, gdy świat przygotowywał się na jedne z najbardziej radosnych świąt w roku, ja grzebałam moje poczucie własnej wartości i jakąkolwiek radość życia. Święta, na które czekałam, nagle przestały istnieć, a ja zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak. Wiedziałam, że grudzień nie jest najlepszym miesiącem na szukanie pracy. Firmy zamykały rok, menedżerowie szli na urlop, a ja nieszczególnie nadawałam się do powrotu do pracy. Każdy, kto kiedyś przeżył podobną sytuację wie, co dzieje się w ludzkiej głowie, gdy traci rutynę i nie musi wyjść do pracy. Gdy po 7:00 zatrzaskują się drzwi zamykane przez partnera, a spod bloku znikają kolejne samochody, by ponownie zapełnić go późnym popołudniem. Wiedziałam, że by nie zwariować, muszę coś zrobić. I postanowiłam zacząć pisać blog.

To nie był najlepszy czas na podejmowanie poważnych decyzji. Człowiek, który w nocy nie śpi, a w dzień nie je, nie nadaje się szczególnie do pracy twórczej. Jako osoba dotąd wykonująca kreatywny zawód, bez jakiejkolwiek pracy twórczej czułam się jednak coraz gorzej. Chciałam tworzyć, ale tym razem na własnych zasadach, bez obaw, że ktoś nagle odbierze mi wypielęgnowane przeze mnie zabawki. Blog wydawał się doskonałym pomysłem. Nie miałam wtedy większych ambicji – chciałam tylko przestać myśleć o tym, co mogłam zrobić inaczej. O czym? Najlepiej o tym, co poza załamaniem nerwowym zajmowało mi wówczas głowę. Gotowanie zawsze było dla mnie najlepszym lekarstwem, a pedantyczna natura wydawała mi się doskonałym pretekstem do poruszenia bliskiego mi tematu organizacji. Postanowiłam więc, że zacznę pisać o bezglutenowej kuchni i tak po prostu o stylu życia.

Wyzwania i kłopoty

Stworzenie względnie ładnego bloga nie było większym kłopotem. Będąc dziewczyną grafika nie musiałam martwić się o logo, czy szablon. To on, będąc wówczas całym moim technologicznym wsparciem, pokazał mi, gdzie mam szukać szablonów, zainstalował wordpressa, kupił domenę, opłacił serwer i połączył to wszystko ze sobą tak, że zaczęło działać. Chciałam wówczas, by kolorem przewodnim bloga była czerwień – kolor siły i odwagi wydawał mi się być wtedy doskonałym wyborem dla kogoś, kto nie miał jej nawet na wstanie z łóżka. Wymyśliłam nazwę, zaakceptowałam pierwsze logo i zaczęłam myśleć o pierwszych wpisach.

Na początek najlepsze były przepisy. Lubiłam i potrafiłam gotować, a nauka robienia choć odrobinę lepszych zdjęć była doskonałym lekarstwem na nadszarpniętą samoocenę. Z każdego ujęcia cieszyłam się jak dziecko i nigdy nie zapomnę jak dumna byłam z finalnego efektu zdjęć placuszków jaglanych z bananami. Dużo gorzej szło mi z pozostałymi kategoriami. Nie umiałam pisać o sobie, bo wówczas miałam o sobie nienajlepsze zdanie. Moje dni wyglądały tak samo, a organizacja zamknięta w czterech ścianach ograniczała się do jedzenia regularnych pięciu posiłków (z czego trzy stanowiły pieczone bataty). Pisałam więc o różnościach, które mimo wszystko zapewniały blogowi treść – wykorzystywałam okazję, by pisać o najlepszych prezentach, sposobach na czynienie dobra, czy też o aplikacjach, które pomagają oszczędzać pieniądze. Poruszona sytuacją podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych, zupełnie spontanicznie postanowiłam podzielić się swoją wiedzą z zakresu savoir-vivre’u, który już od kilku lat był moją wielką pasją. Piszą o tym, kto pierwszy podaje rękę naprawdę nie sądziłam, że kogokolwiek poza mną mogą interesować dobre maniery. Sądziłam, że wiedza ta jest tak oczywista, że pewnie piszę tylko dla siebie, bo przecież koła na nowo nie wymyślam. Oh, jak bardzo się wtedy myliłam.

Blog rósł, a ja powoli osiągałam psychiczną równowagę. Choć początkowo w ogóle nie zamierzałam wracać do etatowej pracy i planowałam przerzucić się na freelance, ostatecznie jak zawsze zachowałam się rozsądnie i rozpisując rachunek zysków i strat postanowiłam znowu szukać pracy od 9:00 do 17:00. Między jedną rozmową kwalifikacyjną a drugą dostrzegłam, że poza podawaniem ręki, wysyłający mi wiadomości rekruterzy namiętnie mnie w nich witają. Myśląc, że dalej wysyłam swoją wiedzę w kosmos, napisałam post o tym, dlaczego nie zaczynamy maili od witam i tym postem rozbiłam wtedy mój blogowy bank. Maleńki wtedy serwer zapchał się, a ja otrzymałam całą masę wiadomości zachęcających do pisania o savoir-vivrze. Ten pomysł z każdym dniem podobał mi się coraz bardziej. Zaakceptowanie go i wprowadzenie w życie zajęło mi kilka tygodni, jednak żaden z ówczesnych dni nie był zmarnowany. Powrót do pracy i próba budowania własnego miejsca okazały się najlepszym lekarstwem na rozniesioną w pył samoocenę.

Pozwolenie na zmianę zdania

Moja miłość do porządku i perfekcyjnej organizacji od zawsze sprawia, że mam problem ze zmienianiem zdania. Nie umiem nie kończyć raz rozpoczętych rzeczy, więc zupełna zmiana profilu bloga nie wydawała mi się zupełnie bezpiecznym rozwiązaniem. Choć poza siostrą, mamą i jej kotem nie czytał mnie wtedy chyba nikt, swoje miejsce miałam wtedy zamiar budować niczym pracowita mróweczka krok po kroku. Przyzwyczajona do ciążkiem pracy i powoli przychodzących efektów wiedziałam, że nic nie dzieje się z dnia na dzień, a budowanie na wątłych gruzach może nie być dobrym pomysłem. Myślałam o zamknięciu dotychczasowej strony i stworzeniu lepszego, wymyślonego od początku do końca portalu o dobrych manierach. Żal mi było jednak siostry, mamy i kota, którzy zapamiętali już adres. Posiadająca wątłą samoocenę bałam się też rzucać rozbabrany jednak projekt, tylko po to, by zająć się kolejnym. Robiłam tak całe swoje dzieciństwo i wiedziałam, że to nigdy nie kończy się dobrze. Pozwoliłam sobie więc na zmianę zdania i zastąpienie rewolucji ewolucją.

Konsekwencja – to słowo stało się moim nowym mottem. Postanowiłam konsekwentnie i stopniowo zmieniać tematykę tak, by móc analizować zainteresowanie wybranymi tematami i dostarczać czytelnikom tekstów, które rzeczywiście będą chcieli czytać. Natychmiast okazało się, że rozbiłam bank – dzieliłam się wiedzą i trafiałam na odbiorców, którzy chcieli po nią sięgać. Czytelnicy, a właściwie czytelniczki coraz częściej zadawały mi pytania i dziękowały za już udzielone odpowiedzi. Wiedziałam, że pisze dla kobiet takich jak ja: młodych, ciekawych świata, aktywnych i idących pod prąd, choć czasem w różnym kierunku. Nie zawsze musiałyśmy się zgadzać, jednak to najbardziej ceniłam. Miałam to szczęście, że zaczęłam gromadzić wokół siebie kobiety mądre, które chciały uczyć się ode mnie, a ja mogłam uczyć się od nich. Atmosfera, którą zaczęłyśmy tu tworzyć, przyciągała kolejne i kolejne, by w końcu wizja wycofania się okazała głupią i naiwną iluzją dziewczyny, której już nie było.

Pisanie o dobrych manierach sprawia mi ogromną przyjemność. W głowie mam mnóstwo pomysłów i wiem, że każdy z nich na pewno zrealizuję. Życie w internecie pokazało mi jednak, że muszę na zmianę zdania sobie pozwalać. Tak też stało się, gdy postanowiłam stworzyć kanał na YouTube. Po nakręceniu i opublikowaniu dwóch odcinków zrozumiałam, że to po prostu nie ma sensu. Nie byłam zadowolona z jakości tworzonych przeze mnie filmów i miałam świadomość, że nic tym zrobić nie mogę. Miałam dobry sprzęt, pomysł i ambicje, jednak zabrakło kluczowego składnika – czasu. Pracując 8 godzin dziennie, poświęcając 2 godziny na dojazd i 4 godzin na prowadzenie bloga, z mojej doby zostawało już tylko 10 godzin, z których przecież 6 lub 7 muszę poświęcać na sen. W pozostałych 4 gotuję, robię zakupy, spędzam czas z bliskimi, albo się uczę. Nie mam weekendów, bo wciąż studiuję. Dla bloga zrezygnowałam z dodatkowych zleceń zarobkowych, a i tak ledwo spinałam każdy kolejny dzień. Na YouTube’a po prostu brakuje mi czasu i musiałam się z tym pogodzić. Czy wrócę? Oczywiście!! W 2018 roku zrobię wszystko, byście nie mogły wyjść ze zdziwienia, bo moje plany (urealnione o czas, który niebawem odzyskam) wyglądają naprawdę obiecująco.

Jestem jak Don Kichot?

Pisanie o dobrych manierach, choć sprawia mi ogromną przyjemność, nie jest najłatwiejszym zadaniem. Dość szybko dostrzegłam, że nigdy nie będę w stanie sprostać oczekiwaniom wszystkich. Jestem zbyt konserwatywna dla liberałek i zbyt liberalna dla konserwatystek. Nie ma artykułu, po którym nie otrzymałabym dwóch sprzecznych informacji. Jedna z nich mówi zawsze, że zatrzymałam się w czasie jakieś tysiąc lat temu, bo przez kobiety takie jak ja nadal mamy społeczny problem związany z dyskryminacją i molestowaniem seksualnym. Druga zarzuca mi odchodzenie od tradycji i szerzenie radykalnego feminizmu (cytat dosłowny, cokolwiek miałoby to znaczyć). Bez względu na to, jak dużo wysiłku wkładam w to, by moje artykuły były doskonale przygotowane i naszpikowane sprawdzoną wiedzą, nigdy nie uda mi się przekonać nieprzekonanych. Zawsze będę posądzana o bycie Don Kichotem, który walczy z wyimaginowanym wrogiem.

Mam w sobie potrzebę zmieniania świata na lepsze. Chcę, by ludzie byli dla siebie uprzejmi i widzieli w życiu coś więcej, niż tylko czubek własnego nosa. Nie chcę ulec modzie na życie niczym wolny elektron, dla którego liczy się jedynie jego własne ja. Żyjemy wśród ludzi i musimy pamiętać, że wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Swoim zachowaniem chcę sprawiać, by ludzie czuli w moim towarzystwie dobrze. Nic więcej. Nie chcę wpędzać bliskich w zakłopotanie, nie chcę sama czuć się źle ze sobą, nie chcę zastanawiać się nad tym, czy sprawiłam komuś przykrość. Chcę swoim przykładem udowadniać, że uprzejmość nie jest objawem choroby nazywanej słabością. a dyskrecja, takt i zainteresowanie drugim człowiekiem nie musi iść w parze ze ślepym konformizmem i głupotą.

Moje plany na kolejny rok są imponujące. Wiem, że będzie tylko lepiej, bo piszę dla ludzi, dla których warto jest to robić. Dziś nie napiszę Wam o tym, czego możecie się spodziewać – jeszcze nie wszystko jest gotowe, a ja postanowiłam nie mówić o tym, czego jeszcze nie trzymam w ręce. Obiecuję jednak, że będzie z klasą i o klasie – wiem, że czeka mnie jeden z najlepszych roków w moim życiu.

W tym miejscu, kilka dni po pierwszych urodzinach bloga, chcę Wam serdecznie podziękować za to, że jesteście. Dobrze jest wiedzieć, że jesteście tam, po drugiej stronie, czytacie i odpowiadacie. Dobrze jest wiedzieć, że skupia się wokół siebie ludzi wyjątkowych, potrafiących prowadzić dyskusje i wyrażać własne zdanie. Dobrze jest wiedzieć, że nie jest się samym. Kiedyś ten blog był lekarstwem, które pozwalało przeżyć najtrudniejsze dni i zbudować siebie na nowo. Dziś jest jak powietrze, bez którego już nie umiem żyć. Za jego zdrowie wznoszę dziś toast i zdmuchuję świeczkę, mając tylko jedno marzenie – nigdy więcej nie zatracić siebie. 

  • Kasiu, serdecznie dziękuję za ciepłe słowa

  • Ania

    Jestem pod wrażeniem Twojej historii! Wow! Bardzo cieszę się z Twojej obecności w sieci, bo potrzebne są takie Kobiety jak Ty w polskim Internecie Mnie osobiście Twoje wpisy wiele dają i dziękuję Ci za nie I już niecierpliwie czekam na to, co przygotowałaś na 2018 rok

  • Imani X

    Gratuluje serdecznie! To potrzebne miejsce, dziekuje, ze go tworzysz!

  • Gratuluję tak szczerego wpisu !
    Wbiłaś się w idealną niszę więc szkoda jej nie wykorzystać.
    Życzę Ci aby 2018 rok przyniósł mnóstwo nowych wyzwań, tak abyś mogła się rozwijać
    Powodzenia i czekam na kolejne wpisy !

    • Serdecznie dziękuję! Mam nadzieję, że wszystkie życzenia się spełnią

  • Po przeczytaniu fragmentu o dwóch typach czytelniczek i połączeniu go w głowie z wczorajszym stories Oli Budzyńskiej naszła mnie refleksja. Wiadomo, że jak się ma włączoną możliwość komentowania, to trzeba się liczyć ze wszystkim. Jakże cudnie byłoby jednak, gdyby ludzie zamiast krytykować osobę blogera, krytykowali treść tekstu. Bo później właśnie wychodzą takie skrajności. Kiedy zostałaś radykalną feministką? Jak pisałaś, że nie powinno się całować w rękę?

    • Radykalna feministką zostałam nazwana, gdy napisałam, że nie należy prosić mężczyznę o pozwolenie na taniec z kobietą. Nie mam nic przeciwko krytycznym komentarzom tak długo, jak nie obrażają one mnie, moich bliskich lub czytelników. Czasem polemizuję, bo poznawanie poglądów innych jest niezwykle rozwijające. Czasem odpuszczam, bo wiem, że dyskusja nic nie wniesie. Dwa razy zdecydowałam się też na usunięcie komentarza, bo był mocno poniżej pasa. W ogólnym rozrachunku więcej zyskuję, niż tracę, bo dzięki kilku krytycznym komentarzom spojrzałam na kilka spraw pod zupełnie innego punktu

  • Magdalena

    Jestem

  • Dorota Blatsios

    Bardzo osobisty wpis i bardzo mi się podoba! W końcu wiem jak to z Tobą i blogiem było zawsze mnie to ciekawi – skąd ludziom bierze się pomysł na bloga? Sama też prowadzę chyba już 4 lata, ale nigdy nie stworzyłam wpisu urodzinowego, bo nawet nie pamiętam kiedy dokładnie zaczęłam pisać. Mam nadzieję, że następny rok będzie jeszcze lepszy dla Ciebie i Twojego bloga! Muszę Ci powiedzieć, że nie czytam żadnego innego bloga, bo zwyczajnie nie mam na to czasu, ale na Twojego zawsze znajdę chwilę

    • Dorota, bardzo dziękuję za tak miłe słowa! Nie masz pojęcia, ile dla mnie znaczą

  • Karolina

    Gratuluję! Jestem prawie od samego początku z Tobą i twórczość którą tutaj prezentujesz zmieniła wiele w moim życiu i chcę Ci za to serdecznie podziękować! Życzę Ci również wytrwałości i spełnienia wszystkich założonych planów!

  • Kolejnego, wspaniałego roku! :*

Close